Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów.
Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku zmień ustawienia swojej przeglądarki. Kliknij "Zamknij" aby zaakceptować naszą Politykę prywatności.

[ Zamknij ]

Bartek Lis: (Re)animacja

Wspólnie z kwartalnikiem Res Publica Nowa prowadzimy dyskusję o możliwościach wykorzystania potencjału animatorów kultury w procesach rewitalizacji miast. Kontynuujemy w ten sposób prace rozpoczęte podczas NieKongresu Animatorów Kultury. Dzisiaj kolej na Bartka Lisa z wrocławskiego Muzeum Współczesnego i Fundacji Sztuki Nowoczesnej ART TRANSPARENT. W cyklu ukaże się w sumie 5 tekstów. Kolejny opublikujemy już 26 września.

Przed dwoma laty uczestniczyłem w interdyscyplinarnej konferencji naukowej dotyczącej tematu rewitalizacji przestrzeni zurbanizowanych, która odbywała się w Instytucie Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego. Chociaż wydarzenie było adresowane do przedstawicieli różnych grup akademickich, zostało zdominowane przez adeptów architektury, urbanistyki oraz historyków sztuki. Domyśliłem się, że rosnące zainteresowanie tą problematyką związane jest z popularnością tego terminu wśród miejskich urzędników. Ci jednak, niestety, przygotowując swoje dokumenty i plany zbyt często opierają się na wąskim, infrastrukturalnym rozumieniu hasła, może naiwnie wierząc, że odmienienie (cóż, że czasami tylko fasadowe, jak to bywało w przypadku wrocławskiego programu „Stu kamienic”) oblicza przestrzeni wspólnej (czytaj: jej estetyzacja zgodnie z arbitralnie ustanowioną normą „ładnie, dobrze odnowionej kamienicy”) automatycznie wpłynie na poprawę relacji społecznych panujących w danej okolicy. Tak jakby całe nieszczęście różnych grup mieszkańców wynikało z obcowania z brudnym, zaniedbanym otoczeniem. Oczywiście infrastruktura, jej jakość i estetyka mogą wpływać korzystnie na różne procesy społeczne, jednak nie są warunkiem niezbędnym, by takie działanie się powiodło, a już na pewno nie mogą zastąpić nie bójmy się tego słowa organicznej pracy ze społecznościami lokalnymi. Podczas rzeczonej konferencji padło bardzo niewiele wypowiedzi, które wprowadzałyby właśnie taką ludzką, nie zaś materialną perspektywę do zagadnienia rewitalizacji.
 

Utrzymanie przy życiu

W swoim wystąpieniu zastanawiałem się chwilę nad samym pojęciem „rewitalizacji” i możliwości jego aplikacji do sytuacji wielu polskich miast czy też osiedli. Dosłownie ten termin oznacza ponowne wprowadzenie życia (tutaj rozumianego oczywiście tak, jak „godne, normalne życie” definiuje się z pozycji osób uprzywilejowanych, zarządzających dyskursem publicznym, jakby mógł napisać Pierre Bourdieu). A co gdy na „rewitalizowanym” terenie nie mamy żadnych dobrych praktyk, do których można się odwołać, którymi można się wesprzeć? W wielu zdegradowanych, zatomizowanych przestrzeniach (jak np. niektóre blokowiska) z powodu lat zaniedbań trzeba dopiero zbudować pewne relacje niejako od zera. Oczywiście wiąże się to z podstawowym problemem – niskim kapitałem społecznym. W tym sensie uznaję za równie właściwe posługiwanie się określeniem „reanimacji”, gdzie pierwsze, dosłowne skojarzenie z medycznymi zabiegami podejmowanymi w celu uratowania, utrzymania reanimowanego przy życiu są jak najbardziej trafione.

Jestem socjologiem, więc nie powinno nikogo dziwić, że to społeczny, kulturalny aspekt rewitalizacji miast najbardziej mnie interesuje i wydaje mi się podstawowy. Nie byłbym jednak szczery gdybym nie napisał, że niestety w środowisku animatorów kultury brakuje konsekwentnego definiowania czym (re)animacja jest, jakie pełni funkcje w społeczności lokalnej i jak rozumie się rolę animatora w całym procesie. Ja sam stale łapię się na epizodyczności niektórych działań, które podejmujemy czy to z zespołem fundacji ART TRANSPARENT, czy to ze współpracownikami z innych instytucji, z którymi jestem afiliowany (Muzeum Współczesne, SKiBA, Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”). Zapewne także temu podstawowemu problemowi poświęcona była niejedna dyskusja podczas niedawnego (Nie)Kongresu Animatorów Kultury. Myślę jednak, że krytyka pewnej akupunkturowości, rozproszenia, lub jak mógłby ktoś nawet powiedzieć – niekonsekwentnego, zapominającego o kontekście działania, które dla niektórych ma jedynie charakter najprostszej animacji czasu wolnego podwórkowych dzieciaków, bez większych ambicji dokonywania jakiejkolwiek zmiany społecznej, nie może być druzgocąca. Wszak należy zadać pytanie, czy instytucje państwowe, samorządowe mają świadomość użyteczności takich działań dla procesu odnowy polskich miast?

Dopiero uznanie wagi organicznej, żmudnej pracy ze społecznością lokalną (jeśli uznać oczywistość niskich kapitałów polskiego społeczeństwa) przez biurokrację ma szansę zaowocować również bardziej systemowym, uporządkowanym, nie zaś sporadycznym praxis animatorów. Wiąże się to oczywiście ze stałym niedofinansowaniem sektora animacji społeczno-kulturalnej. Dopóki będziemy patrzeć na animatorów i animatorki jak na entuzjastów, społeczników, wolontariuszy, dopóty status tego zawodu w Polsce będzie pozostawał na niskim poziomie. Innymi słowy: potrzeba nam zespolonego działania, w którym instytucje (samo)rządowe i środowiska animatorów społecznych/kulturalnych porozmawiają wspólnie (a nie na odrębnych kongresach, zjazdach, spotkaniach), czym jest rewitalizacja przestrzeni miejskiej (a później i wiejskiej, kto wie, czy nie równolegle!), jakie cele sobie stawiamy i jak je można osiągnąć? Nasze działanie wówczas przestanie być intuicyjne (co nie wyklucza trafnej oceny w rezultacie!) a stanie się bardziej zaplanowane.

Trener społeczny

Nadzieję daje Narodowy Plan Rewitalizacji, wraz z wymogiem włączenia animatora/rewitalizatora (lub ich zespołu) do niemal każdego działania/projektu, który odbywałby się na przestrzeni zamieszkanej (zupełnie jak wpisujemy zasadę „gender mainstreamingu” do projektów, które zakładają europejskie środki). Diagnoza potrzeb, problemów społecznych, ich złożoności musi być wykonana z udziałem kompetentnych socjologów, pedagogów, badaczy społecznych. Następnie animatorzy kultury, dysponując swoimi kompetencjami i narzędziami mogą proponować działania animacyjne, które mogłyby być użyteczne w rozwiązywaniu największych problemów danej wspólnoty. Konsekwentnie, kontynuowane również po zrealizowaniu danej inwestycji renowacyjnej czy budowlanej. Chodzi więc o przeniesienie do skali makro praktyk realizowanych od jakiegoś czasu przez Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”. Sieć Latających Socjologów (LAS-y) i Latających Animatorów Kultury (LAK-i) polega na zespolonym, zintegrowanym działaniu – niestety póki co mającym głównie charakter jednorazowych interwencji (czytaj: brak środków na długofalową pomoc). Badacze społeczni dokonują diagnozy, identyfikacji problemów, sugerując możliwe rozwiązania, zaś animatorzy kultury proponują praktyczne działania, które mają szansę stopniowo, powoli odczyniać zepsutą rzeczywistość społeczną. W tym sensie animator społeczno-kulturalny staje się swoistym trenerem społecznym, kimś rozpoznającym relacje społeczne panujące w danej wspólnocie, a następnie aplikującym do ich polepszenia (jeśli jest taka potrzeba) całościowe, koherentne metody i narzędzia

Optyka ta nie jest wcale taka oczywista w samym środowisku animatorów. Wydaje mi się, że zbyt często nasze działania mają charakter zdroworozsądkowy lub opierają się na domysłach, co też mogłoby być potrzebne społeczności lokalnej, a jeszcze częściej są naiwnym oczekiwaniem, że „moje kompetencje, pasje, talenty, które chcę rozwijać, mogą wystarczyć, aby robić animację”.

Nie potrzebujemy animatorów-artystów

Połączeniu swoich umiejętności z konkretnymi obszarami interwencji poświęcone są m.in. zajęcia ze słuchaczami wrocławskiej SKiB-y (Państwowe Pomaturalne Studium Kształcenia Animatorów Kultury i Bibliotekarzy). Grupy projektowe w ramach przedmiotu „metody i techniki animacji społeczno-kulturalnej” starają się najpierw diagnozować problemy wrocławskich osiedli Nadodrza i Szczepina, a później ewentualnie aplikować siebie w ten organizm, ze swoimi umiejętnościami i warsztatem. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż wymaga przede wszystkim zmiany akcentów w myśleniu o sobie: trzeba zapomnieć, że jest się przede wszystkim artystą, i patrzeć na siebie głównie jak na „reanimatora” życia społecznego (nawet bardziej niż kulturalnego; kultura jest tutaj językiem, pretekstem, narzędziem do przeorganizowania danej wspólnoty pod kątem pewnych potrzeb i celów społecznych).

Posłużę się przykładem: Szczepin to blokowisko o zróżnicowanej zabudowie i wymieszanej strukturze mieszkańców (sporo osób starszych, wynajmujący mieszkania studenci, rdzenni „lokalsi” i osoby zamieszkujące nowo powstające budynki), które w związku z bliskością centrum miasta oraz „przelotowym” charakterem (przez osiedle przebiega duża ulica łącząca zachód ze śródmieściem) zatraciła swoją tożsamość. Jest takim trochę „nie-miejscem”. Studenci animacji kultury uznali, że potrzebna jest praca (od)budowująca lokalną tożsamość osiedla. Ich działania wpisują się w projekty realizowane m.in. w Warszawie przez „Stocznię” i w Gdańsku w ramach projektu „Metropolitanki” (projekt Instytutu Kultury Miejskiej). Bardzo małe narracje – czyli mapowanie okolicy, nanoszenie różnych warstw opowieści o Szczepinie, odgrywanie ich oraz przypominanie nowym i starym mieszkańcom (niejako rehabilitowanie zapomnianej okolicy). Poczucie tożsamości miejsca, identyfikacja z własną przestrzenią wydają się kluczowe dla powodzenia procesu rewitalizacji

W poszukiwaniu efektu

Co powinno pozostawać po takiej… interwencji (towarzyszy mi wewnętrzny opór za każdym razem, gdy używam tego słowa, może właściwiej byłoby napisać, że idealna animacja to taka, która nie ma charakteru doraźnego ingerowania, wchodzenia, przerywania lub sztucznego inaugurowania jakiegoś projektu. Zależałoby nam raczej na współdziałaniu, gdzie tylko początkowa inicjatywa leży po stronie animatora. Zachęta do wzięcia odpowiedzialności za własną przestrzeń? Jaki efekt śni się animatorowi po nocy? Dodajmy, że ten sam sen powinien mieć także urzędnik i donator, choć daleki jestem od popularyzowania rozwiązań totalnych. Rezultaty powinny zawsze odpowiadać założonym celom, a te muszą wynikać ze zdiagnozowanych problemów (wie o tym każdy, kto choć raz pisał projekt, a potem wypełniał wniosek o dofinansowanie). Skoro więc roboczo, a ze swego socjologicznego doświadczenia wiem, że jest to trop właściwy, uznajemy, że problemem polskiego społeczeństwa (w tym miejskich wspólnot) jest niski kapitał społeczny, to wydaje się, że każda zmiana w tym obszarze będzie korzyścią.

Zatem mniej wypracowanie kompetencji (wiedza) z zakresu odbioru sztuki współczesnej lub zwykłe zagospodarowanie czasu wolnego seniorów, a bardziej uzyskanie pewnych ogólnych umiejętności, które potem można wykorzystywać samodzielnie do rozwiązywania małych i dużych trudności życia codziennego. Miękkie kompetencje współpracy, samopomocy, organizowania (się i czegoś) oraz zdobycie naczelnych wobec pozostałych cech: gotowości do działania, poczucia sprawczości oraz zaufania wobec sąsiadów. Wiadomo, że nie uzyskuje się tego od razu. Długofalowość i konsekwencja są tutaj podstawowe, dlatego też współudział instytucji krajowych i samorządowych jest niezwykle pożądany. Nie chodzi tutaj tylko o zapewnienie finansowania takiego programu rewitalizacji, lecz także o jego zrozumienie przez decydentów, wówczas będzie on pełniejszy i będzie miał szansę na realizację. Im więcej podmiotów czujących ideę rewitalizacji/reanimacji, tym większe szanse na jej powodzenie. Nie jest to jednak takie proste i oczywiste.

Obawiam się także, że póki co trudno mówić o animatorach kultury jako o zintegrowanej grupie zawodowej ludzi, którzy patrzą na swoją pracę z lokalną społecznością jak na element szerszego planu rewitalizacyjnego. W tym sensie jako środowisko jesteśmy rozproszeni. Mamy jeszcze bardzo wiele pracy do wykonania: samokształcenia i ćwiczenia umiejętności działań bardziej zintegrowanych, spójnych, odpowiadających na wspólnie zidentyfikowane problemy. Animatorzy kultury muszą stać się partnerami w osiągnięciu zadanych celów, ale czy są na to gotowi? Śmiem wątpić. Może dzięki takim inicjatywom jak (Nie) kongres tworzy się przestrzeń do dialogu i rozstrzygania takich kwestii? Potrzeba wielu warsztatowych spotkań wewnątrz samego środowiska, jak i stałej platformy komunikacji pomiędzy urzędnikami a animatorami. Bez tego proces rewitalizacji będzie prowadzony po omacku, szczątkowo, intuicyjnie

Próba wrocławska

Wrocław, który za mniej niż dwa lata ma zostać Europejską Stolicą Kultury, miał szansę (mam nadzieję, że użycie czasu przeszłego okaże się nieuzasadnione i będę musiał się ostatecznie wycofać z tych kilku zdań) tak poprowadzić swoją politykę kulturalną, by potraktować tytuł ESK2016 jako pretekst do szerokich działań rewitalizacyjnych/reanimacyjnych. Oddolnych, możliwie jak najbardziej partycypacyjnych aktywności – mniej spektakularnych, fajerwerkowych, wielkoeventowych, a bardziej dyskretnych, może nie tak widowiskowych, ale mających szansę nie wygasnąć po 2016 roku. Oczywiście nawiązuję tutaj do koncepcji „głębokiej kultury” Krzysztofa Czyżewskiego, ostatecznie porzuconej i dzisiaj tylko śladowo realizowanej w ramach eksperymentalnych dwóch edycji tzw. mikroGRANTÓW. Samemu autorowi zabrakło determinacji i chyba języka do tego, by opowiadać o tym w sposób prosty i zajmujący (co dziwi, gdyż Czyżewski jest wizjonerem), ale i miasto mu w tym nie pomogło. Wystraszyło się „zwykłości” planowanych działań, ich eteryczności? Tymczasem animacja kultury (i społeczna rewitalizacja tym samym) potrzebuje czasu, i choć może nie wypada na zdjęciach aż tak efektownie, to dla mnie osobiście jeden udany projekt (za taki rozumiem projekt, któremu udaje się choć trochę powiększyć nasze kompetencje społeczne – patrz wyżej) stanowi większy sukces niż najwspanialszy koncert na stadionie. Również ważny, także spełniający jakieś zadanie, ale pozostawiający po sobie niewiele w roku 2017, 2020 i później. A szkoda.

Miasto przy okazji wydarzenia, jakim jest ESK, raczej nie widzi animatorów kultury jako partnerów. Cały koncept „deep culture” był na to szansą: aby nabrał impetu, musiałby być realizowany głównie ich siłami, a skoro wygasza się ten punkt, to znaczy, że miasto w swojej polityce kulturalnej nie myśli o nim entuzjastycznie. Byłbym niesprawiedliwy, gdybym uznał, że nie ma wśród kuratorów ESK2016 ludzi rozumiejących tę optykę, to że obchody muszą być zgrabnym mariażem wielkich wydarzeń z małymi sytuacjami, niewielkimi narracjami, rozproszonymi – ale tworzącymi całość – mikroakcjami z obszaru animacji społeczno-kulturalnej. Póki co wątpię, czy przy okazji ESK2016 Wrocław będzie miał okazje się przekonać o korzyściach, jakie dla miasta i jego rewitalizacji płyną z systemowo i konsekwentnie prowadzonej animacji.

 

Liczba odsłon: 1144
19.09.2014